Wspólnie z Bono uratowaliśmy świat
Jak zwykle spodziewałem się, że koncert U2 w Polsce będzie dobry i jak zwykle był dobry. Jak zwykle prawie wszystkie kawałki śpiewałem z Bono i jak zwykle wzruszałem się niemal do łez paplaniną Bono na wszystkie możliwe tematy. Może jestem bezkrytyczny, może U2 rzeczywiście jest najlepszym zespołem na świecie, w każdym razie już po raz trzeci bawiłem się na koncercie U2 w Polsce dobrze i widziałem, że kilkadziesiąt tysięcy ludzi podziela ten entuzjazm. Promocyjna machina wieszcząca największą i najdroższą scenę koncertową w historii muzyki rockowej przetaczała się przez media jak czołg, a organizująca trasę U2 firma Live Nation podgrzewała atmosferę do samego końca. Robiła to w sposób dość irytujący, a to zawalając sprzedaż biletów przez internet, a to zapowiadając, że bilety się skończyły, a to ponownie rzucając na rynek pewną ich pulę. Fani, którzy nie zdołali kupić sobie miejscówek od razu, do samego końca byli zdezorientowani i wróżyli z fusów czy w ogóle dostaną się na teren Stadionu Śląskiego w Chorzowie, a jeśli tak to czy będą mieli miejsca rockandrollowe (stojące, na płycie) czy nudziarskie (siedzące, na koronie stadionu) i czy zapłacą względnie normalną cenę czy będą musieli wyskoczyć z dodatkowej kasy na droższe bilety. Obecna trasa U2 jest niczym słup ogłoszeniowy „oblepiona” nie tylko walką o lepsze jutro (bo jakie jest dzisiaj każdy widzi) w wykonaniu Bono, który a to zachęca ze sceny by założyć maskę z podobizną więzionej birmańskiej opozycjonistki, a to na telebimach oddaje głos krzewicielowi równości i wolności, a to na tych samych telebimach po koncercie proponuje wysłanie esemesa na rzecz fundacji przeznaczającej pieniądze na zbożny cel. Przed koncertem miałem wrażenie, że przygotowana specjalnie na potrzeby trasy U2 360 Tour scena z „namiotem” w kształcie ni-to-pająka-ni-to-statku-kosmicznego jest przesadą i pewnie przytłoczy spodziewane przeze mnie muzyczne wrażenia. Okazało się jednak, że sama scena z zawieszonym nad nią, wyglądającym na wiklinowy koszykiem, nie przytłaczała (może poza znośnym efekciarstwem w kilku utworach), natomiast natłok komunikatów wolnościowych i ogólnoludzkich sprawił, że duża część koncertu była hymnem dla poprawiania losów świata w stopniu o wiele większym niż miało to miejsce na poprzednich koncertach U2 w Polsce. Opuszczając Stadion Śląski miałem poczucie, że dzięki Bono, jego kolegom, dzięki scenicznemu pająkowi za jakieś 200 mln dolców, dzięki mnie, mojej czerwonej koszulce i kilkudziesięciu tysiącom ludzi biorących udział w koncercie świat stał się o wiele lepszy i taki już pozostanie. Nie wiem co na to świat bo jakoś do tej pory nie wypowiedział się na ten temat ani na antenie CNN ani nawet nie zamieścił kilkudziesięcioznakowego posta na twitterze. Może w tej chwili ma inne sprawy.
PiJu
