Archiwum za miesiąc Wrzesień, 2009

Szewc bez PR-u chodzi

22-09-2009

Serwisy Proto.pl i GazetaPraca.pl przeprowadziły w sierpniu badanie pod hasłem „Motywacje polskich PR-owców”.  Wnioski nie są może specjalnie powalające, ale na chwilę zerknąć zawsze warto…  Mnie szczególnie zainteresowały dwa wątki.

1. motywacje do podejmowania pracy w branży, w zależności od płci

Otóż jak się okazuje dla kobiet  jedną z dwóch głównych motywacji jest przekonanie (nadzieja?), że jest to praca kreatywna. Drugą z głównych motywacji jest – uwaga, uwaga – MODA!! :-) Tak to lakonicznie zostało ujęte w badaniu i podsumowującym je raporcie.

I domyślajcie się sami, czy raczej chodzi tu o to, że modnie jest być PR-owcem, czy raczej o to, że z czystym sumieniem można sobie co kilka dni kupować nowy ciuch, bo przecież wszyscy wiemy, że „tego wymaga ta praca” …

2. rotacja w branży

Aż 72 proc. respondentów (a grupa ankietowanych nie była mała, bo obejmowała prawie 600 osób związanych z public relations) zmieniło pracę w ciągu ostatnich dwóch lat. I aż 52 proc. deklaruje, że zamierza pozostać w swoim obecnym miejscu zatrudnienia nie dłużej niż 2 lata!

Zaskakująco krótkie „horyzonty czasowe”! Natomiast już zupełnie niezaskakujące powody takiej sytuacji – dokładnie te same, jak w każdej innej branży: niesatysfakcjonujące zarobki, potrzeba zmian, czy wreszcie brak jasnej ścieżki rozwoju zawodowego u danego pracodawcy. Czyli mamy tu brak dobrego wewnętrznego autoPR-u w branży PR-owej, typowy szewc chodzący bez butów…

TUTAJ możecie obejrzeć pełne wyniki badania dość szczegółowo rozrysowane na kolorowych słupkach.

Darowanemu dziennikowi zajrzałem pod język

07-09-2009

Za lekturę bezpłatnych dzienników biorę się rzadko, bo nawet gdy siedzę w metrze, potrafię znaleźć sobie ciekawsze zajęcie niż zabijanie czasu przeglądaniem papierowego kontentu trzeciego sortu. Sprawdzam powiedzmy raz na rok, czy przypadkiem coś się nie poprawiło. I zawsze, niestety – nie. Dzisiaj znów się skusiłem. Dlaczego? Podobno bezpłatne dzienniki mają się w tym kryzysie zupełnie nieźle, bo zdruzgotani czytelnicy z coraz chudszymi portfelami przestają co prawda kupować Wyborczą, Rzepę, czy Fakt, za to szukając tańszych zamienników, chętniej sięgają nie tylko do portali, ale i  po rozdawane na ulicach gazetki darmowe. Pomyślałem sobie – skoro tak, to może wreszcie wydawcy tych ostatnich zaczęli trochę dbać o jakość tego co „rozdają”. Z tą myślą wyciągnąłem rękę po „Echo miasta”. Początek był obiecujący, bo usłyszałem bardzo miłe „Dziękuję”. No, widzę, standardy  naprawdę wzrosły – dają za darmo i jeszcze dziękują. Za chwilę okazało się, że to jednak w tej bezpłatnej strefie norma – kolejne trzy osoby na schodkach równie miło dziękowały mi za wzięcie ulotek reklamujących „ich” szkoły językowe.

No właśnie, szkoły językowe… Wsiadłem do wagonika, drzwi zatrzasnęły się i w drodze do centrum zacząłem przeglądać „Echo miasta”. Cóż, norma. Niespecjalnie inspirujące i irytująco powierzchowne artykuliki na pierwszych stronach. Najciekawsze ukryło się jednak na stronie siódmej. Wywiad, pod tytułem „Gdzie się uczyć języków”. Jak co roku na początku września temat bardzo na czasie, więc zacząłem czytać z  werwą. Szczególnie, że wprowadzenie sugerowało przekrojowe podejście do tematu. Cytuję: „Spośród szerokiej gamy szkoleń, najczęściej wybieramy kursy językowe. Pojawia się jednak dylemat: jak wybrać idealny kurs i szkołę, która spełni nasze oczekiwania”. I jeszcze nadtytuł: Rozmowa z Dianą Kozą ze Szkoły Języków Obcych Lexis (tu zapaliła mi się już czerwona lampka, ale na razie nieśmiało).

I pierwsze pytanie: „Jakimi kryteriami należy się kierować przy wyborze szkoły językowej”. Pani Diana odpowiada: „Dobra szkoła języków obcych zatrudnia wysoce wykwalifikowanych i doświadczonych lektorów, ma bogate zaplecze techniczne, duże doświadczenie w nauczaniu, bogaty pakiet kursów oraz dokłada wszelkich starań, aby proces nauczania był najefektywniejszy. Nasza szkoła spełnia te kryteria”

BINGO. Dalej następuje sześć pytań i odpowiedzi, które już wprost reklamują szkołę Lexis i jej konkretne usługi. Może jestem trochę staroświecki, ale przyznaję, że przez moment byłem nieco zszokowany. W sumie sprawdziłem pewnie z 10 razy czy gdzieś przypadkiem nie ma jednak etykietki, że to artykuł sponsorowany, sekcja sponsorska, czy wręcz po prostu reklama. Ale nie. Nigdzie. Nawet najmniejszą czcionką…

No właśnie. Czy to jest płatna reklama? Jeśli tak, to ja jako czytelnik jestem poważnie wkurzony, że ktoś w tak bezczelny sposób udaje, iż tak nie jest.

Ale może to po prostu efekt działania sprawnego PR-owca szkoły Lexis? Jeśli tak, to jako PR-owiec mogę tylko pogratulować koledze po fachu udanej „akcji” i darmowej reklamowej połówki strony.

Jako były dziennikarz pomyślałem sobie natomiast…  (…) (…) :-)

MaG

Sukces 1.1

04-09-2009

Rzecz działa się z tydzień temu, ale dopiero teraz doszedłem do siebie po tym co zobaczyłem. Chodzi o konferencję prasową premiera Donalda oraz Ministra Finansów zorganizowaną z okazji rewelacyjnej wprost sytuacji gospodarczej Polski. A raczej o jej PR-owy charakter mający na celu zaprezentowanie obywatelom naszego wspólnego narodowego sukcesu. No słabe to było i moment jakoś nie najlepszy.

W transmisji telewizyjnej można było zobaczyć, że polskie PKB w II kwartale 2009 było o 1,1 proc. wyższe niż w II kwartale ubiegłego roku. Dla wzmocnienia przekazu Polska została na mapie zaznaczona innym kolorem niż pozostałe europejskie kraje, które prezentowały się marnie ze swoimi spadającymi wskaźnikami.

Oglądałem to PR-owe przedstawienie jednocześnie wertując „Wyborczą” czy inną „Politykę” więc nie zapamiętałem dokładnie wszystkiego co było mówione, ale w skrócie przekaz był taki, że jest bardzo dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Wyjaśnienie jest proste: w czasie kiedy gospodarki wszystkich innych europejskich krajów w kryzysowej panice pikowały w dół, nasz kraj niczym Humprey Bogart w kapeluszu i z nieodłącznym papierosem w kąciku ust spoglądał na wszystko z drwiącym uśmiechem robiąc swoje. Wszystko zrobiliśmy dobrze, panice nie ulegliśmy i kryzys, który dobijał się do nas drzwiami i oknami musiał odejść jak niepyszny. Po prostu kryzysu w ogóle w Polsce nie ma, nie było i nie dotknął naszej gospodarki oraz działającyh w Polsce przedsiębiorstw. To w skrócie rzekł nasz premier do kamery i zgromadzonych w budynku warszawskiej giełdy żurnalistów.

W tym momencie patrząc w telewizor lekko się zafrasowałem (no dobrze – zwykle określam podobny stan przynajmniej jako „wpadnięcie w szał”). Moje „zafrasowanie” wzięło się z faktu, że obserwując to co dzieje się na polskim rynku pracy, nie zauważyłem tego czynnika 1.1 zaprezentowanego na ładnej mapie, a tym bardziej nie zauważyłem by kryzys, niczym niektóre burze, przeszedł bokiem. Zamiast tego od dłuższego czasu widzę tysiące ludzi zwalnianych z pracy, redukowane koszty w prawie każdym zakładzie pracy w jakim jeszcze pracują (wersja optymistyczna) lub do niedawna pracowali (wersja pesymistyczna) ludzie, z którymi rozmawiam.

Jeśli nie kryzys to co nas dotknęło w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy – festiwal sukcesu ?

Jakoś nie sądzę by społeczeństwo oglądające transmisję z tej konferencji w pośpiechu udało się do swoich kupionych na kredyt przepastnych lodówek by odkorkować szampany i tańczyć na ulicach z dzikim szale radości.

W pewnych sytuacjach nawet PR-owy hurraoptymizm musi mieć swoje granice.

PiJu