Archiwum za miesiąc Październik, 2009
29-10-2009
Pamiętacie akcję “Best Job in the world” ? W maju br. po kilku miesiącach youtube’owego konkursu 34-letni Brytyjczyk Ben Southall wygrał walkę o stanowisko opiekuna australijskiej wyspy Queensland. Rekrutacja do “najlepszej pracy na świecie” była pomysłem australijskich organizacji turystycznych, na czele z Tourism Queensland. Pomysł okazał się PR-owym strzałem w dziesiątkę, komentarzy w mediach na całym świecie było tak wiele, że wyceniono ich wartość na grube dziesiątki milionów dolarów. Nie widzę możliwości, żeby ten ogólnoświatowy mediowy hałas nie przełożył się na zwiększony ruch turystyczny do regionu Queensland, szczególnie że rajskość tamtejszych okoliczności przyrody była mocno podkreślana. Tymczasem główny koszt akcji wyniósł zaledwie 150 tys. dolarów, jakie obiecano wybrańcowi – opiekunowi wyspy. Oczywiście dla niego to równie dobry deal – 150 tys. dol. za pół roku nurkowania w Morzu Koralowym, dokarmianie żółwi i prowadzenie bloga. Żyć nie umierać. Musiał jednak sobie dobrze zasłużyć, bo w “drodze do Queensland” pokonał prawie 35 tys. innych kandydatów do tej posady.
A przypominam o tej akcji teraz, bo moim zdaniem to był najlepszy PR-owy pomysł świata w 2009 r. Do Nowego Roku czasu coraz mniej, więc pewnie już nikt tej żółtej koszulki nie odbierze. W każdym razie ja podejmuję to “ryzyko” i swoją własną nagrodę za PR najefektywniejszy i jednocześnie kreatywny (a przy okazji po prostu FAJNY) przyznaję właśnie tej akcji. To po pierwsze.
Po drugie – okazuje się, że Tourism Queensland kuje żelazo. I jest kontynuacja. W sumie dziwne byłoby gdyby było inaczej, wszyscy chyba przyzwyczailiśmy się, że hit, np. kinowy, musi mieć swój sequel. Ben “Adam” Southall dostał kilkanaście dni temu propzoycję przedłużenia kontraktu, a oprócz tego Tourism Queensland powtórzył swoją nietypową akcję rekrutacyjną w nieco zmodyfikowanej formule. Tym razem walka odbywała sie o siedmiotygodniowe wakacje dla czterech osób w tym rajskim rejonie (oczywiście uczestnicy wycieczki nie muszą się martwić o ŻADNE koszty). Wygrała kalifornijka Barbie Defeo, która zabierze ze sobą męża i dwie córki; jedynym jej “obowiązkiem” będzie pomaganie Benowi Southallowi w prowadzeniu bloga. O tę “posadę” starało się tym razem 23 tys. osób z ok. 150 krajów.
Po trzecie – okazuje się też, że jest już duży naśladowca, w dodatku podchodzący do tematu nie na zasadzie prostego copy-paste, ale dokładający swoje kreatywne trzy grosze. W ślady Tourism Queensland idzie Coca-Cola. Drużyna trzech młodych osób, “Happiness Ambassadors”, będzie jeździć po świecie i uczyć (się) ”jak być szczęśliwym”. Nie będą mieli oni aż tak łatwego życia jak Ben Southall, bo plan zakłada odwiedzenie 206 krajów (gdzie sprzedawana jest Coca-Cola) w ciągu 365 dni. Wygląda więc na dość napięty, nie muszę chyba jednak nikogo przekonywać jaka to dla młodych ludzi gratka. W odwiedzanych krajach mają przeprowadzać krótkie badania, co czyni ludźmi szczęśliwymi WŁAŚNIE TAM i dzielić się to wiedzą z całym światem za pośrednictwem serwisów społecznościowych. Kampania nazywa się “Expedition 206″ i potrwa przez cały rok 2010. Wzorem “Best Job in the world” Coca-Cola poprosi internautów o wybranie zwycięskiej trójki z szortlisty finalistów (koniec głosowania 6 listopada). Zaczną oni później swoją podróż w Madrycie, 1 stycznia, a zakończą w Atlancie, 31 grudnia. Szczęśliwe sprawozdania z podróży dookoła świata publikowane będą w Facebooku, YouTubie, Twitterze i Flickrze, a także na oficjalnej stronie “Expedition 206″. Publiczność z całego świata może się angażować w akcję m.in. poprzez dawanie wskazówek gdzie dokładnie drużyna w danym kraju powinna się udać, i co tam robić… Jak mówi jedna z szych Coca-Coli, globalny boom na social media pozwala temu koncernowi stworzyć całoroczny wciągający serial telewizyjny bez telewizji. Mamy więc Media 2.0 i PR 2.0 w jednym.
MaG
13-10-2009
Jako czytelnik magazynu „Teraz Rock“ miałem przez lata wrażenie, że polskie zespoły rockowe zupełnie nie zwracają uwagi na to jaki wizerunek mają w mediach. Przykładowo czyta się wywiad z zespołem X. Można się domyślać, że chłopaki rockowe, z niejednej sceny „maderfakami“ rzucali, mówią składnie, ale patrzy się na zdjęcie i odechciewa się dalszego czytania, o słuchaniu muzyki już nie mówiąc. Dlaczego ? Bo na tym zdjęciu (ewidentnie zrobionym przez brata szwagra kuzynki Joli) nasi bohaterowie pozują na rockerów, a wyglądają jakby brali gościnny udział w Muppet Show. Albo zespół Y mówi w wywiadzie, że nagrał kolejną płytę, że jest ona lepsza od poprzedniej i bardziej od niej dojrzała. No to widać, że panowie przyłożyli się do swojej pracy czy swojego hobby. I byłoby wspaniale tyle, że z amatorskiej fotki wieje nudą gdyż wszyscy członkowie zespołu wyglądają jak na zdjęciu z rodzinnego przyjęcia u cioci Apolonii. Nie każdy amatorski zespół może wynająć fotografa i zrobić sobie profesjonalną sesję zdjęciowa, ale prawie każdy ma kolegę, który hobbystycznie zajmuje się fotografią. Domyślam się, że często nie zwracanie uwagi na zdjęcia wynika z faktu kontestacji komercyjnej strony działalności muzycznej, ale nie tędy droga w „rzeczywistości ciągłej sprzedaży“ (jak to ładnie ujęli panowie z Myslovitz w jednej ze swoich piosenek).
I nagle w październikowym numerze „Teraz Rocka“ widać czarno na białym i kolorowo na kolorowym, że jesteśmy świadkami nowej rockowej rewolucji. Rewolucji wizerunkowej. Gołym okiem można zauważyć, że polscy wykonawcy zaczęli zwracać większą uwagę na to jaki ich wizerunek pojawi się w mediach. Może to przypadek, a może coś więcej. Pierwszy z brzegu artykuł o zespole Sensorry. Jeszcze nie znam ich muzyki, ale patrząc na zdjęcie

Sensorry
chce mi się nimi zainteresować. Dalej zespół Ocean. Muzyki nie kojarzę ani trochę, natomiast porządne (nic wielkiego ale porządne wizerunkowo) zdjęcie skłania do zainteresowania się tym co mają do zaoferowania w sferze muzycznej. Zdjęcie powracającego po latach zespołu Rotary również nie wygląda najgorzej.

I takich przykładów w najnowszym numerze pisma jest więcej.
Bez odpowiednio stworzonego lub podrasowanego wizerunku wielu wykonawców (również tych mocno alternatywnych) nie zaszłoby tak daleko i pewnie nie mielibyśmy dzisiaj okazji słuchać ich muzyki. The Cure musieli stworzyć swój wizerunek gdyż inaczej jak sami mówili wyglądaliby jak The Village People (którzy również mieli perfekcyjnie stworzony, chociaż zabawny, wizerunek – do wglądu w necie). Nie byłoby również U2, które dzisiaj znamy, bez wizerunku stworzonego m.in. przez Corbijna. Także muzyka Nirvany nie brzmiałaby pewnie w naszych uszach tak fascynująco gdyby nie wizerunek zbuntowanego Cobaina na zdjęciach i cała alternatywna otoczka. Wizerunek rządzi chociaż na szczęście liczy się również muzyka.
PiJu
08-10-2009
Tak sobie patrzyłem w ekran telewizora, na którym tłumy ludzi na ulicach wiwatowały z powodu otrzymania przez Rio możliwości organizowania Olimpiady w 2016 r. Patrzyłem i szkoda mi było, że my tutaj w Polsce tak nie potrafimy cieszyć się z przeróżnych zwycięstw. Nasi siatkarze zdobyli niedawno złoty medal na Mistrzostwach Europy, a na ulicach żadnych tłumów, żadnej radości i uśmiechniętych ludzi. Toż to wspaniała okazja, żeby odkorkować pseudo-szampana i pobratać się na ulicach. No przyznajmy szczerze, że nie jesteśmy skłonni wyjść z domu i trochę powiwatować. A szkoda, bo można w ten sposób pokazać wizerunek kraju i jego obywateli, który opiera się też właśnie na takich obrazkach jak te z ulic Rio. Gdyby większość naszych rodaków uradowanych ze zwycięstwa polskich siatkarzy na chwilę wyłączyła telewizor i wyszła na ulice moglibyśmy pokazać światu, że umiemy się cieszyć i bawić. Takie obrazki zawsze ładnie wyglądają w mediach i tworzą dobry PR dla kraju. Ale nie ma co narzekać – z pewnością nasze nastawienie zmieni się kiedy w 2012 wygramy piłkarskie Mistrzostwa Europy i wtedy pokażemy światu jak umiemy cieszyć się z naszych zwycięstw.
P.S.
Przyznam się, że niestety sam też nie jestem taki pierwszy, żeby wychodzić na ulice w celu wiwatowania, ale chciałbym to zmienić.
PiJu
03-10-2009
Do niedawna śledzik w naszym kraju, wiadomo, lubił pływać. Najchętniej w jednym stadzie z meduzą, kręcącą się wokół lornety.***
Od kilku tygodni Śledzik raczej śledzi niż pływa. I jest tematem niemal ogólnonarodowej dyskusji (a przynajmniej nosi znamiona takiej, bo rzecz dotyczy kilkunastu milionów userów Naszej-Klasy, a na pierwszy rzut oka duża część z nich w tę dyskusję żywo jest zaangażowana).
Jeden Śledzik, a ile wspaniałych kejsów do analizy. No, bo na przykład sama ta nazwa. Miało być lekko, zabawnie i z przymrużeniem oka, a wyszło… hmmm… Śledzik ludzi jakoś nie rozśmieszył, a sądząc po reakcjach naszoklasistów, to zdecydowanie ich przestraszył lub po prostu zeźlił. W zasadzie nie wiadomo dlaczego, ale jeśli nie wiadomo dlaczego, to możemy przypuszczać, że częściowo z powodu tej szpiegowskiej nazwy. Miał być sukces, posuwający Naszą-Klasę mocno do przodu, a wyszła piękna katastrofa, która może się skończyć odejściem części naszoklasistów (jakby nie było, spora część użytkowników serwisu wyszła już z fazy fascynajcji i jest nim po prostu znudzona – to może być ta ostatnia kropla goryczy…). Mamy więc idealny kejs sytuacji kryzysowej – największy polski serwis internetowy zawala totalnie komunikację z użytkownkami, przez co fatalnie przyjmują oni nową usługę, a następnie niewiele robi, żeby już w kryzysie jakąś rozsądną komunikacją sprawę wyprostować.
No i wreszcie mamy świetny przykład działania pozytywnego i trzymania ręki na pulsie. Otóż pod temat podpiął się serwis Spryciarze.pl, serwując internautom szeroko zakrojoną śledzikową kampanię, przekierowującą na Spryciarzy. A tam, zgodnie z profilem serwisu, rozmaite filmiki wideo z poradami typu “jak dobrze przyrządzić śledzika”, ale jednocześnie – wbrew profilowi serwisu – obszerne wyjaśnienia jak wyłączyć tego upierdliwego Śledzika z poziomu swojego komputera i posiadanej internetowej przeglądarki. Sprawdziłem, działa (przepis można znaleźć
TU). Nie, żebym Śledzika się bał, ale zaśmiecał mi ekran (w dodatku zupełnie bezcelowo, bo 99 proc. wpisów dotyczyło tego, jak Go wyłączyć). Zresztą Nasza-Klasa służy do czegoś zupełnie innego, “śledzika” mam już od dawna, i w lepszym wydaniu, na Facebooku.
W każdym razie Spryciarzom gratuluję pomysłu, wyszło fajnie i z jajem, podejrzewam, że świadomość tej sprytnej marki po tej kampanii mocno wzrośnie.
MaG