Archiwum za miesiąc Marzec, 2010
Deus Ex Kapusta
Tak jakoś wyszło, że akurat gdy wczoraj skończyłem z opóźnieniem czytać książkę Artura Domosławskiego, „Gazeta Wyborcza” postanowiła zakończyć dyskusję o jej reperkusjach…
Cóż, spóźniłem się, ale też w pewnym sensie ułatwia mi to sprawę. Czytając zastanawiałem się, która ze stron tej gorącej dyskusji (której odgłosy dochodziły do mnie, mimo że chciałem się od nich odgrodzić), jest najbliższa jakiejś „obiektywnej prawdy”. I ciężko było mi się jednoznacznie zidentyfikować…. Tymczasem oblicza prawdy mogą być różne, a tytuł postawiony w gazecie nad zapisem finałowej debaty – „Każdy czytał inną książkę” – świetnie oddaje całą sprawę.
Moja recenzja jest krótka. Z autorem nie trzeba się koniecznie zgadzać we wszystkim. W ogóle czepiać się można zawsze, każdego autora i każdej książki (co zresztą w pewnym sensie stanowi o racji bytu książki pana Artura
). Dla mnie to książka naprawdę dobra. Ciekawa, starająca się o obiektywizm, wsparta obszernym researchem.
Czy autor był pełen złej woli? Nie. Czy zależało mu na skandalu? Nie sądzę. Że odbrązawia? No, rzeczywiście, chwilami, jako wielki fan Kapuścińskiego (to chyba głównie z „jego inspiracji” postanowiłem swego czasu zostać dziennikarzem, nie rozumiejąc zresztą jeszcze wtedy tak przejrzyście jak dziś, że Kapusta był przede wszystkim pisarzem a nie dziennikarzem), czułem lekkie powiewy grozy, ale przecież po tej lekturze nie przestał być moim „Guru”.
Dla zainteresowanych opiniami o książce, ale przede wszystkich dyskusją o „polskiej szkole reportażu”, tudzież dyskusją „fiction vs non-fiction” przypominam link: http://wyborcza.pl/kapuscinski/0,104743.html
A zapis wideo finałowej debaty znajdziecie TU: http://muzeumproqm.artmuseum.pl/news.php?id=kapuscinski_non_fiction
MaG
Życie po życiu
Przeglądając marcowego “Teraz Rocka” natrafiłem na reklamę “Nowy, studyjny album wirtuoza gitary. Premiera 8 marca”. I może nie spadłbym z krzesła gdybym nie zobaczył powyżej, że jest to nowy, studyjny album…….Jimiego Hendrixa. Tak więc spadając z wrażenia z krzesła policzyłem na szybko i wyszło mi, że wirtuoz wydaje swój nowy studyjny album ni mniej ni więcej tylko 40 lat po śmierci. Ale czemu Jimi Hendrix ma być gorszy od Michaela Jacksona, który w pół roku po śmierci podpisał właśnie 7-letni kontrakt na 10 projektów opiewający na 250 mln dol. Oczywiście żaden z nich nie wstał na chwilę z katafalku, żeby złożyć drogocenny podpis i wrócić do spokojnego wiecznego spoczynku. W przypadku Hendrixa chodzi po prostu o wykopane z szuflad resztki muzyki, na której przez ostatnie 40 lat nikt jeszcze nie zarobił, a z kolei w drugim przypadku chodzi o krewnych Jacko, którzy po podpisaniu wielo-wielo-milionowego kontraktu dopiero zaczną przetrzepywania szuflad i schowków na szczotki z nadzieją znalezienia czegokolwiek co zostało nagrane i nieopublikowane, chociażby miała to być rozmowa Króla Popu z listonoszem nagrana przypadkiem podczas testowania telefonicznej sekretarki.
W show-biznesie od dawna wiadomo, że nic się tak dobrze nie sprzedaje jak martwy idol. Hendrix i Jackson ani nie są pierwsi ani ostatni. Elvis Presley od lat jest na liście najlepiej sprzedających się nieżywych artystów. Tupac Shakur co rusz wydaje nową płytę. Kurt Cobain wraz z kolegami co jakiś czas również wypuszczają jakiś rarytasik chociaż widać, że z niepublikowanymi rzeczami w przypadku tej martwej w jednej trzeciej kapeli coraz bardziej krucho. Już nie ma co nawet wspominać The Beatles, których wszystkie wydawnictwa wydane po śmierci Lennona zajęłyby pewnie z połowę krakowskich Sukiennic. Rzeczy stworzone przez artystów, pisarzy, malarzy czy jakichkolwiek innych przedstawicieli tzw. wolnych zawodów sprzedają się zdecydowanie lepiej kiedy już ci artyści dokonają żywota. W chwilę później wszyscy, którzy mają prawa do jakichkolwiek wytworów myśli tych nieszczęśników zaczynają jeden przez drugiego wypuszczać na rynek wydawnictwa, którym towarzyszą zwykle hasła typu “niepublikowane dzieło nieżyjącego już geniusza”, “ostatnia książka mistrza” czy też w najgorszym przypadku “ostatni wywiad tuż przed śmiercią”. I tak martwy geniusz napędza sprzedaż nie mogąc już niestety skorzystać z płynących z tego profitów.
PiJu
Zdziwione miny władców
Obejrzałem film Tomasza Sekielskiego “Władcy marionetek”. TVN go strasznie reklamował wszem i wobec. Wszędzie można było o nim przeczytać a to, że odsłania kulisy, a to, że po raz pierwszy w polskiej telewizji, a to, że jeszcze nigdy i tego typu marketingowe wkręcanie.
Już zacząłem go szukać po necie w nadziei, że TVN ot tak w ramach uwielbienia internautów wpuścił go gdzieś za zupełną darmochę. Ale nie znalazłem i nagle przypadkiem trafiłem na film w telewizji jakoś w okolicach północy.
Widać, że narobił się Pan Tomasz, nałaził za ważnymi panami z ważnymi minami, nawysiadywał na stopniach schodów, nataszczył kolorowych pudeł i nawyczekiwał się na Wiejskiej, żeby pytać o rzeczy wzniosłe i prozaiczne.
Idea jest prosta: człowiek czasem mówi co mu ślina na język przyniesie żeby zdobyć poklask i uwielbienie ludu (zwłaszcza kiedy pracują wszystkie kamery), a za jakiś czas wystarczy dopaść delikwenta i prosto z mostu zapytać co i jak z obietnicami składanymi kiedyś z dłonią na sercu. Delikwent zaczyna kręcić, pocić się, marszczyć czoło, sapać i jest ugotowany bo w życiu się nie spodziewał, że kiedykolwiek komukolwiek przyjdzie do głowy tak absurdalny pomysł, żeby pytać się o spełnienie jego obiecanek-cacanek. Przecież wszyscy wiemy, że to taka gra, taka zabawa i nikt tego nie bierze na serio. Jeśli producent samochodów z ekranu telewizyjnego obiecuje, że w jego najnowszym modelu zmieści się 5 osób, 10 sztuk bagażu, 2 deski surfingowe, rozkładana kanapa i jeszcze na tym wszystkim umości się mastif angielski to przecież wiadomo, że to tylko taka gra i że tak naprawdę w pojeździe zmieszczą się 2 niewysokie osoby, jedna damska torebka typu kopertówka i być może gdzieś w nogach malutki, jazgotliwy York.
Film jednak nie jest w ogóle śmieszny, szczególnie kiedy widać jak bardzo zawodna jest pamięć większości obiecujących i jak bardzo muszą marszczyć czoła żeby przypomnieć sobie co jakiś czas temu naobiecywali.
We “Władcach marionetek” pojawia się też zagraniczny spec od marketingu, który mówi, że nie robi mu w sumie różnicy czy promuje człowieka czy jeden z produktów szybkozbywalnych bo właściwie niczym się te 2 produkty (człowiek i produkt) od siebie nie różnią.
A na końcu bohaterowie filmu otrzymują jeszcze szybkostrzelne pytanie czy ich grupa zawodowa kłamie i czy oni sami kłamią.
I warto obejrzeć ten film chociażby dla widoku tych kilku fenomenalnych min kiedy pada pytanie o kłamstwo.
PiJu
Precz z lepszym smakiem
Kompania Piwowarska likwiduję markę piwa Frater. Całkiem dobrą markę. I całkiem smaczną. Już wcześniej KP przestała produkować piwo Dog in the Fog. Były to jedno z najfajniejszych naszych lokalnych piw (chociaż z ambicjami brytyjskości smakowej). Przyznam, że nie lubię zbytnio wszystkich tych jasnych pełnych, popłuczynowych i jednakowych w smaku piw, które można kupić w każdym spożywczaku za rogiem. A teraz okazuje się, że oprócz nich żadnego innego, smakowo bardziej wyszukanego piwa, już nie będzie. Kiedy 5 lat temu pojawił się Frater, a chwilę później Dog in the Fog wydawało mi się, że coś się ruszyło w dobrym kierunku. Teraz widzę, że ruszyło się znowu w kierunku jasnym i pełnym, a co za tym idzie monotonnym i nudnym jak przysłowiowe flaki z olejem. Skończyło się na tym, że generalnie, ogólnie i w szczegółach można będzie kupić wszędzie tak naprawdę jedno i to samo piwo o tym samym słabym i prostym smaku jedynie pod różnymi nazwami i od różnych producentów. Czyli precz z różnorodnością, wywieśmy flagi, pomóżmy naszym i skończmy z lepszym smakiem.
PiJu
Legenda do tortu
Chyba jednak muszę się trochę wytłumaczyć z mojego przedwczorajszego wpisu, bo „dzień po” stwierdziłem, że intencje moje mogły być nieco niejasne. Otóż … hmmm… był to po prostu czysty spontan.
Yahoo nie wchodzi do Polski, ani nie zostaje klientem ŁubuDubu (niestety
), po prostu obchodziło przedwczoraj symbolicznie swoje 15-te urodziny, a ja – jako zagorzały fan i użytkownik tego portalu – postanowiłem ze swoimi życzeniami symbolicznie się dołączyć ; choćby dlatego, że życzyłbym sobie aby wszyscy klienci ŁubuDubu byli tak zadowoleni z wieloletniej współpracy z naszą agencją, jak ja jestem zadowolony z korzystania z Yahoo.
Od lat – no, może nie od 15-tu, ale na pewno od „nastu” – korzystam z zasobów tego portalu, głównie z newsowych i głównie z dziedziny finansowo-giełdowej, ale nie tylko , a poza tym od tych już „ nastu” lat jestem szczęśliwym posiadaczem prywatnej skrzynki mailowej na Yahoo właśnie.
I chociaż próbowałem po drodze oferty wszystkich polskich portali w tym względzie, to zawsze z przykrością stwierdzałem, że polskie skrzynki mają się jakościowo nijak do tej zza oceanu.
Poza tym historia mojego „związku” z Yahoo jest dla mnie niemal jak historia komercyjnego Internetu w ogóle. Mam przyjemność pamiętać całkowite prapoczątki „masowego” netu w Polsce, kiedy komputer będący ”ON” był jeszcze rarytasem, a szczytem marzeń było posiadanie w domu modemu, którym mozolnie można było próbować dodzwaniać się na sławny numer dostępowy Tepsy. Ba, to przecież były czasy kiedy zaledwie chwilę wcześniej jeszcze mało kto w Polsce myślał o tym, by mieć w domu komputer PC, kojarzony wtedy prawie wyłącznie z zastosowaniami profesjonalnymi i uczelniami technicznymi. Wirtualna Polska ledwie wychodziła z powijaków i niemowlęcego etapu bycia KATALOGIEM, Larry Page i Siergiej Brin jeszcze nawet nie przeczuwali , że stworzą Google, a najmodniejszą wyszukiwarką na świecie była Altavista… I to właśnie Yahoo był wtedy synonimem PORTALU, a jego system pocztowy synonimem SKRZYNKI MAILOWEJ.
Tak, tak, aż się łza w oku kręci… Jeszcze raz więc: Happy Birthday, Yahoo!!
MaG

