Oszustwo, którego (jako czytelnicy) nie pożądamy

10-12-2009

Mam prośbę do Wydawnictwa Przekrój o zwrot pobranej ode mnie nienależnie kwoty 1,33 zł. Suma ta została przeze mnie określona na podstawie wyliczeń związanych z podanymi poniżej szczegółami sprawy.

Otóż w dniu 8 grudnia 2009 r. w sklepie osiedlowym zakupiłem „Przekrój”, który w tym tygodniu okazał się jednak nie zwyczajnym cotygodniowym wydaniem, a katalogiem reklamowym. To, że zakupiłem nie „Przekrój” a „Katalog reklamowy Przekrój” okazało się jednak dopiero po uważnym przejrzeniu zawartości i nie było w żaden sposób zaanonsowane na okładce wydawnictwa.

W „Katalogu reklamowym Przekrój” jedną czwartą zawartości stanowiły nie treści redakcyjne, a zakamuflowana reklama ubrana w pseudo teksty, pseudo wywiady i pseudo informacje. Część tego katalogu reklamowego (kilkanaście stron) zajmowały „teksty” dotyczące technologii 3D. „Dziwnym” trafem w tej części znalazła się reklama spotu piwa Lech (dokładnie tak – nie jest to zwyczajny layout reklamowy, a po prostu zaproszenie do obejrzenia spotu reklamowego tego piwa zrealizowanego w technologii 3D) oraz pseudo-wywiad z twórcą tego spotu. Kolejnym reklamowanym towarem w tym trójwymiarowym miszmaszu jest wchodzący w grudniu na ekrany kin film Jamesa Camerona „Avatar” mający być początkiem ery trójwymiarowości w kinie. A wszystko to otoczone artykułami o technologii 3D, fotoreportażami różnych realizacji związanych z technologiami 3D i innymi tego typu działaniami mającymi na celu zamydlanie oczu czytelnikom gazety.

W „Katalogu reklamowym Przekroju” znalazły się również 4 strony reklamy urządzeń firmy Asus. Reklamy również nie oznaczonej jako reklama i mającej sprawiać wrażenie zwyczajnej treści redakcyjnej. Wsparte to jest dodatkowo klasyczną stroną reklamową na tylnej okładce katalogu.

Jako wierny czytelnik normalnego „Przekroju” czuję się po prostu oszukany. Toleruję reklamy w mediach gdyż zdaję sobie sprawę, że dzięki temu media te w ogóle do mnie docierają i mogę być ich odbiorcą. Czasem moja tolerancja na reklamę w prasie jest nadwyrężana, ale albo jest to zrobione w taki sposób, że nie podważa mojego zaufania do tego czy innego tytułu albo dotyczy to nieco innych tytułów niż „Przekrój”. Od „Przekroju” wymagałbym nieco więcej. Tylko tyle i aż tyle. Obserwowałem od jakiegoś czasu jak po zmianie wydawcy „Przekrój” zaczął obniżać loty, ale złożyłem to na karb okresu przejściowego i postanowiłem dać mu szansę jako czytelnik.

Teraz zaczynam się zastanawiać czy w przyszłym tygodniu udam się do sklepu po nowy numer. A dzieje się tak po raz pierwszy od wielu lat.

Tak czy owak mam nadzieję, że normalnie po ludzku Wydawnictwo Przekrój ureguluje wobec mnie czytelniczy dług w wysokości 1,33 zł. (PiJu)

Tagi:

Radiowy program lojalnościowy

07-12-2009

Przemieszczając się w piątek przez przedweekendową Polskę słuchałem popołudniowej audycji w Trójce. Słuchałem i nie mogłem nadziwić się, że wciąż jest miejsce na tego typu radio i że wciąż można robić radio, które budują tak naprawdę pojedynczy słuchacze, a nie bezimienna masa określana jedynie jako taki czy inny procent udziałów w rynku. W przypadku Trójki trudno jest mówić o jakimkolwiek modelu biznesowym gdyż jako stacja publiczna, utrzymuje się ona w części z abonamentu. Można mówić o sukcesie utrzymywania się na radiowym rynku pomimo uderzeń z każdej strony, ciągłych roszad personalnych zarówno na dole jak i na górze oraz ciągłych zmian, które „normalne” radio pewnie położyłyby na łopatki. W przypadku Trójki, słuchacze czują się, w pewnym sensie, jak u siebie w domu, reagując na wszelkie niekorzystne zmiany nie wzruszeniem ramion czy przeniesieniem się na inną częstotliwość, tylko walką o swoje radio. Dlatego stacja ta jest również fenomenem jeśli chodzi o prowadzenie swego rodzaju długoterminowego „programu lojalnościowego” pozwalającego przywiązać konsumentów do swojej marki. Nawet kiedy do stacji komercyjnej odchodzi jeden z niekwestionowanych, potężnych filarów stacji (bo przecież kimś takim był z pewnością Marek Niedźwiecki), ta trzyma się jakby nigdy nic. Trójka liderem eteru już pewnie nie będzie, ale jeśli wciąż istnieje, to jest nadzieja na przetrwanie radia przez duże “R”.

PiJu

Inwestorskie relacje z mediami

06-12-2009
Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych przygotowało raport ze swojego dorocznego badania nt. profilu polskiego inwestora. 
Częścią badania było ustalenie najpopularniejszych źródeł informacji, jakimi inwestorzy posiłują się w swojej “grze”. Wyniki oddają dość dobrze zmiany w rozkładzie sił, jakie zaszły na rynku mediowym w ostatnich latach.
W kolejności są to:
1. Serwisy internetowe
2. Raporty spółek
3. Raporty analityczne i komentarze analityków
4. Gazety
5. Strony www spółek
6. Programy tv
7. Fora dyskusyjne / blogi
8. Rozgłośnie radiowe
 
Jeśli coś mnie tu zaskakuje, to w zasadzie tylko stosukowo wysoka pozycja stron www spółek (bo cóż naprawdę mozna tam odkrywczego znaleźć, poza oficjalnymi raportami?; no, chyba że po jakości strony próbujemy wyciągać wnioski na temat kondycji albo innowacyjności spółki), a jednocześnie stosunkowo niska pozycja forów dyskusyjnych i blogów (ale obstawiam, że to będzie się zmieniać, szczególnie jeśli chodzi o siłę blogów…).
 
Jedziemy dalej – rzut oka na poszczególne rodzaje mediów. Najpopularniejszym żródłem informacji dla inwestorów jeśłi chodzi o gazety są:
1. “Parkiet” ( z dużą przewagą nad resztą stawki)
2. “Puls Biznesu”
3. “Rzeczpospolita”
4. “Forbes”
5. “Gazeta Wyborcza”
W zasadzie wszystko oczywiste, no może poza tym “Forbesem”, ale jak widać nawet miesięcznik może zasłużyć sobie na szacunek inwestorów (generalnie potrzebujących przecież informacji “tu i teraz”, a nie za 4 tygodnie), tyle, że treściami bardziej “ponadczasowymi” (edukacja giełdowa, drobiazgowe “prześwietlania” wybranych spółek etc.)
 
Potem telewizja – tu druzgocząca przewaga TVN CNBC nad resztą stawki, ale przecież to właściwie jedyna telewizja “a la Bloomberg” po polsku; nieco zadziwiająca jest druga pozycja TVP Info (za nią plasują się: TV Biznes, TVN24 i Bloomberg).
 
No i wreszcie na koniec inwestorski ranking serwisów internetowych:
 
1. Bankier.pl
2. Money.pl
3. Parkiet.com
4. Stooq.pl
5. PB.pl
6. Bossa.pl
7. GPW.pl
8. Onet.pl
 
Dla zainteresowanych tematyką giełdową – pełny raport mozna ściągnąć TUTAJ.
MaG

Nasz pierwszy Konkurs Piękności

02-12-2009

Stało się. Nasza wrodzona skromność bardzo odradzała, ale jakoś tak wyszło, że tym razem jej nie posłuchaliśmy. I startujemy w konkursie na Firmowy Blog Roku 2009. Okazało się, że jedna z kategorii to “blog młody”, prowadzony od 3-6 miesięcy, czyli jakby idealnie stworzona dla nas, więc startujemy :-) Po wstępnej selekcji Głównego Jurora znaleźliśmy się we właściwej fazie konkursu, w gronie 24 innych młodych blogów. Na pełną listę uczestników zerknąć można TU.

MŚP + PR = WM

01-12-2009

Firmy z grupy określanej wspólną etykietką MŚP coraz częściej korzystają z zalet komunikacji  public relations. Jednak, co by nie mówić, to nadal tylko wyjątki od reguły. Większość przedstawicieli tej grupy bądź w ogóle nie ma świadomości, że mogłoby, albo z różnych powodów myśli, że to nie dla nich… A przecież PR wydaje się stworzony właśnie dla nich – właśnie dla MŚP, których przeważnie nie stać na działania stricte reklamowe. Czemu więc nadal mówimy bardziej o wyjątkach, niż o regule?

Obstawiałbym, że chodzi tu o kilka nieporozumień wynikających z powszechnego na rynku nieprawidłowego … definiowania czym w ogóle PR jest.

Dość powszechne jest przekonanie, że „PR to tylko dla dużych”. Bo tylko duzi mają co komunikować dziennikarzom. No właśnie – dziennikarzom. PR  jest u nas prawie tożsamy z MR (media relations). To nigdy nie było właściwe uproszczenie, ale przyjmowano je często, bo wiadomo było, że do konsumenta i tak dociera się właśnie przez media. Ale świat się  zmienia: media zmieniły się w media 2.0, konsument w prosumenta, więc i PR musi się transformować w PR 2.0.

Właściwie powinniśmy ostatnie zdanie wyróżnić boldem. Bo to jest właśnie bodaj największa szansa jaką dostały w ostatnim czasie małe i średnie firmy. Dziś umiejętnie poprowadzony MR w nowych mediach i PR, rozumiany jako komunikacja z wszelkimi grupami z jakimi powinna się komunikować dana firma (a więc nie tylko media, ale też m.in. partnerzy handlowi, dealerzy, partnerzy serwisowi, a także blogerzy piszący o danej branży i, oczywiście, sam końcowy konsument/prosument), jest w stanie być dla małej firmy  niesamowitym BIZNESOWYM DOPALACZEM.

I to wszystko daje się dziś zrobić stosunkowo niewielkimi nakładami finansowymi, dzięki urokom internetu i nowoczesnych narzędzi jakie on dziś oferuje.

Oczywiście „na dzień dobry” potrzebna jest dobra strategia, której należy się później w miarę ściśle trzymać, żeby działania nie wyrwały się spod kontroli, no i żeby te wydane pieniądze, choć niewielkie, były wydane sensownie.

Równolegle nie można zapominać o tradycyjnych mediach, na czele z przeżywającym dziś ciężkie dni  „papierem”. One nadal potrafią zapewnić spory zasięg (chociaż coraz częściej ich odpowiedniki internetowe – dużo większy), a pozostaje jeszcze ekskluzywność i „wizerunkowość” papieru (chociaż z kolei zaistnienie w serwisie internetowym daje efekt „jeden klik do Twojej strony www”, a więc większą efektywność).

Tak zupełnie przy okazji wywrócił nam się tu kolejny mit. Ten mianowicie, że PR musi być drogi. Otóż właśnie nie musi być, bo naszkicowane wyżej zmiany w krajobrazie mediowym sprawiają, że dziś PR można prowadzić dużo taniej, a przy okazji dużo kreatywniej, niż jeszcze powiedzmy dwa lata temu. Tym samym staje się on dostępny także dla MŚP. Ba, nie dość, że dostępny, to właściwie staje się w pewnym sensie „koniecznością” – efekty mogą być bowiem tak duże, przy tak małej wymaganej inwestycji, że obciachem byłoby z takiej okazji nie korzystać.

MaG

(wpis jest “przedrukiem” mojego felietonu, który ukazał się w listopadowym numerze magazynu “Business Media”)

Tagi: ,

Corporate Social Responsibility – poryw serca czy dodatkowa kasa na marketing i PR?

29-11-2009
Warszawska GPW wprowadziła kilka dni temu nowy indeks. Dużo mniej “twardy” niż WIG-i, wręcz rzekłbym, że bardzo “miękki”. Tak bardzo miękki, że aż zaniepokoiłem się, jakie właściwie mają być kryteria jego “naliczania”. I zacząłem się wczytywać w oficjalną stronę (www.respectindex.pl).
“Respect Index, to projekt który ma na celu promowanie najwyższych standardów odpowiedzialnego zarządzania. Indeksy typu Corporate Social Responsibilty (CSR) tworzone na rozwiniętych rynkach stają się rzeczywistością. Rosnąca świadomość firm w zakresie przejrzystości i uczciwości działań …” itd.
 
W innym miejscu przeczytałem o “zyskach moralnie niekwestionowanych”, w jeszcze innym rady co do społecznego zaangażowania prezesa: “Jeśli spółka chce stać się społecznie odpowiedzialna, nie osiągnie tego bez osobistego zaangażowania zarządu. Prezes powinien brać udział w dyskusjach na temat kierunku polityki CSR, inicjować programy i projekty. Powinien być aktywny w komunikacji wewnętrznej i zewnętrznej oraz analizować efekty. Jest gwarantem, że spółka nie tylko wykorzysta CSR w działaniach PR, ale uczyni go częścią kultury organizacyjnej. Wreszcie nadzór prezesa zwiększa szanse, że inwestycje w CSR przyniosą oczekiwany zysk.”
 
I jeszcze taka rada, w formie pytania i odpowiedzi: “CSR jako co najwyżej atrakcyjny dodatek, który w najlepszym wypadku może ocieplić wizerunek firmy? To bardzo krótkowzroczne podejście. Próba powierzchownego przysłonięcia grzechów, na które pozwala sobie działająca kosztem otoczenia firma, nawet znacznymi kwotami przeznaczonymi na działania prospołeczne czy prośrodowiskowe, na niewiele się zda. Taka strategia będzie nie tylko mało wiarygodna, ale prędzej czy później skończy się oskarżeniami o greenwashing lub o swoisty „socialwashing”.” 

Jest też i o ekologii oraz o dobrym stosunku do własnych pracowników. Podsumowując jednak jednym słowem (albo raczej trzema): CSR, CSR, CSR ! Czyli Corporate Social Responsibility, czyli społeczna odpowiedzialność korporacji (właściwie aż się prosi, żebyśmy zaczęli używać polskiego skrótowca SOK :-) ) To być może naprowadza na właściwy trop, czym właściwie będzie Respect Index – rankingiem spółek aktywnie korzystających z CSR w swoich strategiach marketingowych. I tu od razu przestaje dziwić, że do Respect Index trafiły największe spółki z GPW; wszak na CSR pozwolić sobie mogą tylko duże firmy, małe jeśli robią coś społecznego, to jest to “tylko dobroczynność”, a nie żaden CSR.

Tylko ciekawe, jaki odsetek społeczeństwa, gdyby zrobić jakieś reprezentatywnie szeroko zakrojone badanie, powiedziałby, że PGNiG czy Tepsa są “społecznie odpowiedzialne” i należy im się moralny “rispekt”? :-)

A tak poza tym… to w sumie dobrze, że coś takiego zostało wprowadzone, bo może samemu CSR-owi zrobi to w naszym kraju dobry PR, wciąż mam wrażenie bardzo mu potrzebny… I tylko na poziomie “etycznym” zastanawiam się, czy dobroczynność i społeczne zaangażowanie wtłaczane w ramy rankingów przypadkiem nie tracą resztek swojej spontaniczności. I właściwie to przestają wtedy być dobroczynnością i społecznym zaangażowaniem. A stają się zwykłym elementem marketing miksu, na który po prostu trzeba w rocznym budżecie zapisać odpowiednią sumę, a o potem rzecz całą odpowiednio ograć PR-owo…

MaG

Drżące kolana Billa

25-11-2009

Jestem ciekaw czy właśnie zaczyna się zupełnie nowa epoka w technologiach związanych z komputerami. A to z powodu pierwszych informacji dotyczących nowego systemu operacyjnego – Google Chrome OS. Ma być darmowy, szybki jak błyskawica i o niebo lepiej zorganizowany niż każdy inny system komputerowy. Pożyjemy zobaczymy, ale jak znam Google (a używam z powodzeniem całej masy ich programów i aplikacji) to konkurencja (a w szczególności Microsoft) może zacząć się bać. Myślę, że po raz pierwszy od wielu, wielu lat Billowi zaczną drżeć kolana.

A oto krótki film wstępnie prezentujący na czym polega idea Chrome OS:

PiJu

Tagi:

Szafa gra!

19-11-2009

Nasz klient - Szafa.pl – obchodzi właśnie swoje pierwsze urodziny. Z tej okazji Szafa przygotowała rozmaite urodzinowe atrakcje, na czele z konkursem na najlepsze fotografie w kategoriach: “Open”, “Razem raźniej” i “Modna Mama”.

A my z tej okazji gratulujemy wyniku z pierwszych 12 miesięcy – poziomu 600 tysięcy użytkowników miesięcznie, 165 tys. zarejestrowanych użytkowników (czy raczej – użytkowniczek) i ponad miliona wywieszonych w “szafach” przedmiotów - i oczywiście życzymy, żeby rok drugi był równie udany!

Jest dobrze! Ale nie beznadziejnie.

06-11-2009
Firma GFMP Management Consultants we współpracy z PRoto przygotowały badanie na temat “trendów i wyzwań w obszarze zarządzania, HR i komunikacji wewnętrznej”. Jak zwykle mnóstwo różnych profesjonalnie brzmiących, inteligentnych pytań ankietowych, i jeszcze więcej odpowiedzi, z których część daje do myślenia, a pozostała część niespecjalnie daje (dość tradycyjnie – ta większa). Mnie zainteresowały kwestie “kryzysowe” i “łeb-dwa-zerowe”.
 
Jedno z pytań brzmiało: “Na jakich projektach Państwa firma koncentrowała się w ostatnim czasie, jeżeli chodzi o komunikację z pracownikami”. Najwięcej respondentów, wybierając odpowiedzi, wskazało na: “Komunikowanie zmian w firmie”. Było to aż 67,7 proc. wskazań (rok wcześnie 55,7 proc.). Czyli, po pierwsze – sporo, po drugie – bardzo wyraźny wzrost rok do roku.
Intuicyjnie wydawać by się zatem mogło, że wprost chodzi o Kryzys – firmy próbują wyjaśniac pracownikom, czy jest aż tak źle, jak o tym trąbią media, czy może lepiej (albo jeszcze gorzej) i obie strony próbują wspólnie zastanawiać się, co z tym fantem zrobić. Intuicja może jednak zawodzić.
Oto na pytanie zadane wprost w innym miejscu ankiety mamy punkt “Moja firma podjęła dodatkowe działania komunikacyjne skierowane do pracowników związane z kryzysem gospodarczym”. “Tak” odpowiedziało tylko 21 proc. dużych firm i tylko 6 proc. małych !!
 
Tak więc – jest materiał do przemyśleń :-) Na jakiś ślad,  być może właściwy, naprowadzają inne punkty z raportu, z których wynika, że komunikacja wewnętrzna w polskich firmach stosuje przede wszystkim narzędzia najbardziej “typowo PR-owe” – “działy komunikacji wewnętrznej” (przeważnie ćwierć- czy półosobowe) niespecjalnie wysilają się, żeby wymyślać coś ekstra…  Czy przypadkiem nie jest więc tak, że kryzys kryzysem, ale własnym pracownikom i tak serwowana jest tak często spotykana na naszym rynku marketingowa papka, z której  wynika zawsze i wszędzie tylko jedno – że TA firma jest najlepsza na świecie pod każdym względem?
 
 
Ciekawy jest też wątek o wykorzystywaniu “nowinek”. W komunikacji wewnętrznej dominuje stary dobry intranet (plus forum dyskusyjne). I nic w tym złego, tylko pod jednym warunkiem – że intranet jest w miarę nowoczesny,  a nie jakby żywcem wyjęty z lat 90-tych. A podejrzewam, że większość z Was pewnie miała przynajmniej raz do czynienia właśnie z takim intranetem, siermiężnym do kwadratu.. I podejściem: Działa? Działa! To cóż w nim złego?
Ano, to trochę tak jak z DOS-em, Nortonem i kilkoma innymi dawno zapomnianymi niezbędnikami każdego użytkownika komputera – jakoś tak wszyscy wolimy jednak windowsy (wszystko jedno czy microsoftowe, apple’owskie, linuksowe…). A tymczasem blog, portal społecznościowy, mikroblog – gdzieś w cytowanym badaniu na szarym końcu listy. A to przecież takie proste do wdrożenia narzędzia…
 
Pełny raport z badania dostępny jest TU.
MaG

Najlepsza PR-owa akcja roku 2009

29-10-2009
Pamiętacie akcję “Best Job in the world” ? W maju br. po kilku miesiącach youtube’owego konkursu 34-letni Brytyjczyk Ben Southall wygrał walkę o stanowisko opiekuna australijskiej wyspy Queensland. Rekrutacja do “najlepszej pracy na świecie” była pomysłem australijskich organizacji turystycznych, na czele z Tourism Queensland. Pomysł okazał się PR-owym strzałem w dziesiątkę, komentarzy w mediach na całym świecie było tak wiele, że wyceniono ich wartość na grube dziesiątki milionów dolarów. Nie widzę możliwości, żeby ten ogólnoświatowy mediowy hałas nie przełożył się na zwiększony ruch turystyczny do regionu Queensland, szczególnie że rajskość tamtejszych okoliczności przyrody była mocno podkreślana. Tymczasem główny koszt akcji wyniósł zaledwie 150 tys. dolarów, jakie obiecano wybrańcowi – opiekunowi wyspy. Oczywiście dla niego to równie dobry deal – 150 tys. dol. za pół roku nurkowania w Morzu Koralowym, dokarmianie żółwi i prowadzenie bloga. Żyć nie umierać. Musiał jednak sobie dobrze zasłużyć, bo w “drodze do Queensland” pokonał prawie 35 tys. innych kandydatów do tej posady.
 
A przypominam o tej akcji teraz, bo moim zdaniem to był najlepszy PR-owy pomysł świata w 2009 r. Do Nowego Roku czasu coraz mniej, więc pewnie już nikt tej żółtej koszulki nie odbierze. W każdym razie ja podejmuję to “ryzyko” i swoją własną nagrodę za PR najefektywniejszy i jednocześnie kreatywny (a przy okazji po prostu FAJNY) przyznaję właśnie tej akcji. To po pierwsze.
 
Po drugie – okazuje się, że Tourism Queensland kuje żelazo. I jest kontynuacja. W sumie dziwne byłoby gdyby było inaczej, wszyscy chyba przyzwyczailiśmy się, że hit, np. kinowy, musi mieć swój sequel. Ben “Adam” Southall dostał kilkanaście dni temu propzoycję przedłużenia kontraktu, a oprócz tego Tourism Queensland powtórzył swoją nietypową akcję rekrutacyjną w nieco zmodyfikowanej formule. Tym razem walka odbywała sie o siedmiotygodniowe wakacje dla czterech osób w tym rajskim rejonie (oczywiście uczestnicy wycieczki nie muszą się martwić o ŻADNE koszty). Wygrała kalifornijka Barbie Defeo, która zabierze ze sobą męża i dwie córki; jedynym jej “obowiązkiem” będzie pomaganie Benowi Southallowi w prowadzeniu bloga. O tę “posadę” starało się tym razem 23 tys. osób z ok. 150 krajów.
 
Po trzecie – okazuje się też, że jest już duży naśladowca, w dodatku podchodzący do tematu nie na zasadzie prostego copy-paste, ale dokładający swoje kreatywne trzy grosze. W ślady Tourism Queensland idzie Coca-Cola. Drużyna trzech młodych osób, “Happiness Ambassadors”, będzie jeździć po świecie i uczyć (się)  ”jak być szczęśliwym”. Nie będą mieli oni aż tak łatwego życia jak Ben Southall, bo plan zakłada odwiedzenie 206 krajów (gdzie sprzedawana jest Coca-Cola) w ciągu 365 dni. Wygląda więc na dość napięty, nie muszę chyba jednak nikogo przekonywać jaka to dla młodych ludzi gratka. W odwiedzanych krajach mają przeprowadzać krótkie badania, co czyni ludźmi szczęśliwymi WŁAŚNIE TAM i dzielić się to wiedzą z całym światem za pośrednictwem serwisów społecznościowych. Kampania nazywa się “Expedition 206″ i potrwa przez cały rok 2010. Wzorem “Best Job in the world” Coca-Cola poprosi internautów o wybranie zwycięskiej trójki z szortlisty finalistów (koniec głosowania 6 listopada). Zaczną oni później swoją podróż w Madrycie, 1 stycznia, a zakończą w Atlancie, 31 grudnia. Szczęśliwe sprawozdania z podróży dookoła świata publikowane będą w Facebooku, YouTubie, Twitterze i Flickrze, a także na oficjalnej stronie “Expedition 206″. Publiczność z całego świata może się angażować w akcję m.in. poprzez dawanie wskazówek gdzie dokładnie drużyna w danym kraju powinna się udać, i co tam robić… Jak mówi jedna z szych Coca-Coli, globalny boom na social media pozwala temu koncernowi stworzyć całoroczny wciągający serial telewizyjny bez telewizji. Mamy więc Media 2.0 i PR 2.0 w jednym.
MaG