Corporate Social Responsibility – poryw serca czy dodatkowa kasa na marketing i PR?
Jest też i o ekologii oraz o dobrym stosunku do własnych pracowników. Podsumowując jednak jednym słowem (albo raczej trzema): CSR, CSR, CSR ! Czyli Corporate Social Responsibility, czyli społeczna odpowiedzialność korporacji (właściwie aż się prosi, żebyśmy zaczęli używać polskiego skrótowca SOK
) To być może naprowadza na właściwy trop, czym właściwie będzie Respect Index – rankingiem spółek aktywnie korzystających z CSR w swoich strategiach marketingowych. I tu od razu przestaje dziwić, że do Respect Index trafiły największe spółki z GPW; wszak na CSR pozwolić sobie mogą tylko duże firmy, małe jeśli robią coś społecznego, to jest to “tylko dobroczynność”, a nie żaden CSR.
Tylko ciekawe, jaki odsetek społeczeństwa, gdyby zrobić jakieś reprezentatywnie szeroko zakrojone badanie, powiedziałby, że PGNiG czy Tepsa są “społecznie odpowiedzialne” i należy im się moralny “rispekt”?
A tak poza tym… to w sumie dobrze, że coś takiego zostało wprowadzone, bo może samemu CSR-owi zrobi to w naszym kraju dobry PR, wciąż mam wrażenie bardzo mu potrzebny… I tylko na poziomie “etycznym” zastanawiam się, czy dobroczynność i społeczne zaangażowanie wtłaczane w ramy rankingów przypadkiem nie tracą resztek swojej spontaniczności. I właściwie to przestają wtedy być dobroczynnością i społecznym zaangażowaniem. A stają się zwykłym elementem marketing miksu, na który po prostu trzeba w rocznym budżecie zapisać odpowiednią sumę, a o potem rzecz całą odpowiednio ograć PR-owo…
MaG
Drżące kolana Billa
Jestem ciekaw czy właśnie zaczyna się zupełnie nowa epoka w technologiach związanych z komputerami. A to z powodu pierwszych informacji dotyczących nowego systemu operacyjnego – Google Chrome OS. Ma być darmowy, szybki jak błyskawica i o niebo lepiej zorganizowany niż każdy inny system komputerowy. Pożyjemy zobaczymy, ale jak znam Google (a używam z powodzeniem całej masy ich programów i aplikacji) to konkurencja (a w szczególności Microsoft) może zacząć się bać. Myślę, że po raz pierwszy od wielu, wielu lat Billowi zaczną drżeć kolana.
A oto krótki film wstępnie prezentujący na czym polega idea Chrome OS:
PiJu
Szafa gra!
Nasz klient - Szafa.pl – obchodzi właśnie swoje pierwsze urodziny. Z tej okazji Szafa przygotowała rozmaite urodzinowe atrakcje, na czele z konkursem na najlepsze fotografie w kategoriach: “Open”, “Razem raźniej” i “Modna Mama”.
A my z tej okazji gratulujemy wyniku z pierwszych 12 miesięcy – poziomu 600 tysięcy użytkowników miesięcznie, 165 tys. zarejestrowanych użytkowników (czy raczej – użytkowniczek) i ponad miliona wywieszonych w “szafach” przedmiotów - i oczywiście życzymy, żeby rok drugi był równie udany!

Jest dobrze! Ale nie beznadziejnie.
Najlepsza PR-owa akcja roku 2009
Rewolucja w wizerunku
Jako czytelnik magazynu „Teraz Rock“ miałem przez lata wrażenie, że polskie zespoły rockowe zupełnie nie zwracają uwagi na to jaki wizerunek mają w mediach. Przykładowo czyta się wywiad z zespołem X. Można się domyślać, że chłopaki rockowe, z niejednej sceny „maderfakami“ rzucali, mówią składnie, ale patrzy się na zdjęcie i odechciewa się dalszego czytania, o słuchaniu muzyki już nie mówiąc. Dlaczego ? Bo na tym zdjęciu (ewidentnie zrobionym przez brata szwagra kuzynki Joli) nasi bohaterowie pozują na rockerów, a wyglądają jakby brali gościnny udział w Muppet Show. Albo zespół Y mówi w wywiadzie, że nagrał kolejną płytę, że jest ona lepsza od poprzedniej i bardziej od niej dojrzała. No to widać, że panowie przyłożyli się do swojej pracy czy swojego hobby. I byłoby wspaniale tyle, że z amatorskiej fotki wieje nudą gdyż wszyscy członkowie zespołu wyglądają jak na zdjęciu z rodzinnego przyjęcia u cioci Apolonii. Nie każdy amatorski zespół może wynająć fotografa i zrobić sobie profesjonalną sesję zdjęciowa, ale prawie każdy ma kolegę, który hobbystycznie zajmuje się fotografią. Domyślam się, że często nie zwracanie uwagi na zdjęcia wynika z faktu kontestacji komercyjnej strony działalności muzycznej, ale nie tędy droga w „rzeczywistości ciągłej sprzedaży“ (jak to ładnie ujęli panowie z Myslovitz w jednej ze swoich piosenek).
I nagle w październikowym numerze „Teraz Rocka“ widać czarno na białym i kolorowo na kolorowym, że jesteśmy świadkami nowej rockowej rewolucji. Rewolucji wizerunkowej. Gołym okiem można zauważyć, że polscy wykonawcy zaczęli zwracać większą uwagę na to jaki ich wizerunek pojawi się w mediach. Może to przypadek, a może coś więcej. Pierwszy z brzegu artykuł o zespole Sensorry. Jeszcze nie znam ich muzyki, ale patrząc na zdjęcie

Sensorry
chce mi się nimi zainteresować. Dalej zespół Ocean. Muzyki nie kojarzę ani trochę, natomiast porządne (nic wielkiego ale porządne wizerunkowo) zdjęcie skłania do zainteresowania się tym co mają do zaoferowania w sferze muzycznej. Zdjęcie powracającego po latach zespołu Rotary również nie wygląda najgorzej.

I takich przykładów w najnowszym numerze pisma jest więcej.
Bez odpowiednio stworzonego lub podrasowanego wizerunku wielu wykonawców (również tych mocno alternatywnych) nie zaszłoby tak daleko i pewnie nie mielibyśmy dzisiaj okazji słuchać ich muzyki. The Cure musieli stworzyć swój wizerunek gdyż inaczej jak sami mówili wyglądaliby jak The Village People (którzy również mieli perfekcyjnie stworzony, chociaż zabawny, wizerunek – do wglądu w necie). Nie byłoby również U2, które dzisiaj znamy, bez wizerunku stworzonego m.in. przez Corbijna. Także muzyka Nirvany nie brzmiałaby pewnie w naszych uszach tak fascynująco gdyby nie wizerunek zbuntowanego Cobaina na zdjęciach i cała alternatywna otoczka. Wizerunek rządzi chociaż na szczęście liczy się również muzyka.
PiJu
Więcej wiwatowania
Tak sobie patrzyłem w ekran telewizora, na którym tłumy ludzi na ulicach wiwatowały z powodu otrzymania przez Rio możliwości organizowania Olimpiady w 2016 r. Patrzyłem i szkoda mi było, że my tutaj w Polsce tak nie potrafimy cieszyć się z przeróżnych zwycięstw. Nasi siatkarze zdobyli niedawno złoty medal na Mistrzostwach Europy, a na ulicach żadnych tłumów, żadnej radości i uśmiechniętych ludzi. Toż to wspaniała okazja, żeby odkorkować pseudo-szampana i pobratać się na ulicach. No przyznajmy szczerze, że nie jesteśmy skłonni wyjść z domu i trochę powiwatować. A szkoda, bo można w ten sposób pokazać wizerunek kraju i jego obywateli, który opiera się też właśnie na takich obrazkach jak te z ulic Rio. Gdyby większość naszych rodaków uradowanych ze zwycięstwa polskich siatkarzy na chwilę wyłączyła telewizor i wyszła na ulice moglibyśmy pokazać światu, że umiemy się cieszyć i bawić. Takie obrazki zawsze ładnie wyglądają w mediach i tworzą dobry PR dla kraju. Ale nie ma co narzekać – z pewnością nasze nastawienie zmieni się kiedy w 2012 wygramy piłkarskie Mistrzostwa Europy i wtedy pokażemy światu jak umiemy cieszyć się z naszych zwycięstw.
P.S.
Przyznam się, że niestety sam też nie jestem taki pierwszy, żeby wychodzić na ulice w celu wiwatowania, ale chciałbym to zmienić.
PiJu
Sprytniejsi niż śledzik
Szewc bez PR-u chodzi
Serwisy Proto.pl i GazetaPraca.pl przeprowadziły w sierpniu badanie pod hasłem „Motywacje polskich PR-owców”. Wnioski nie są może specjalnie powalające, ale na chwilę zerknąć zawsze warto… Mnie szczególnie zainteresowały dwa wątki.
1. motywacje do podejmowania pracy w branży, w zależności od płci
Otóż jak się okazuje dla kobiet jedną z dwóch głównych motywacji jest przekonanie (nadzieja?), że jest to praca kreatywna. Drugą z głównych motywacji jest – uwaga, uwaga – MODA!! :-) Tak to lakonicznie zostało ujęte w badaniu i podsumowującym je raporcie.
I domyślajcie się sami, czy raczej chodzi tu o to, że modnie jest być PR-owcem, czy raczej o to, że z czystym sumieniem można sobie co kilka dni kupować nowy ciuch, bo przecież wszyscy wiemy, że „tego wymaga ta praca” …
2. rotacja w branży
Aż 72 proc. respondentów (a grupa ankietowanych nie była mała, bo obejmowała prawie 600 osób związanych z public relations) zmieniło pracę w ciągu ostatnich dwóch lat. I aż 52 proc. deklaruje, że zamierza pozostać w swoim obecnym miejscu zatrudnienia nie dłużej niż 2 lata!
Zaskakująco krótkie „horyzonty czasowe”! Natomiast już zupełnie niezaskakujące powody takiej sytuacji – dokładnie te same, jak w każdej innej branży: niesatysfakcjonujące zarobki, potrzeba zmian, czy wreszcie brak jasnej ścieżki rozwoju zawodowego u danego pracodawcy. Czyli mamy tu brak dobrego wewnętrznego autoPR-u w branży PR-owej, typowy szewc chodzący bez butów…
TUTAJ możecie obejrzeć pełne wyniki badania dość szczegółowo rozrysowane na kolorowych słupkach.
Darowanemu dziennikowi zajrzałem pod język
Za lekturę bezpłatnych dzienników biorę się rzadko, bo nawet gdy siedzę w metrze, potrafię znaleźć sobie ciekawsze zajęcie niż zabijanie czasu przeglądaniem papierowego kontentu trzeciego sortu. Sprawdzam powiedzmy raz na rok, czy przypadkiem coś się nie poprawiło. I zawsze, niestety – nie. Dzisiaj znów się skusiłem. Dlaczego? Podobno bezpłatne dzienniki mają się w tym kryzysie zupełnie nieźle, bo zdruzgotani czytelnicy z coraz chudszymi portfelami przestają co prawda kupować Wyborczą, Rzepę, czy Fakt, za to szukając tańszych zamienników, chętniej sięgają nie tylko do portali, ale i po rozdawane na ulicach gazetki darmowe. Pomyślałem sobie – skoro tak, to może wreszcie wydawcy tych ostatnich zaczęli trochę dbać o jakość tego co „rozdają”. Z tą myślą wyciągnąłem rękę po „Echo miasta”. Początek był obiecujący, bo usłyszałem bardzo miłe „Dziękuję”. No, widzę, standardy naprawdę wzrosły – dają za darmo i jeszcze dziękują. Za chwilę okazało się, że to jednak w tej bezpłatnej strefie norma – kolejne trzy osoby na schodkach równie miło dziękowały mi za wzięcie ulotek reklamujących „ich” szkoły językowe.
No właśnie, szkoły językowe… Wsiadłem do wagonika, drzwi zatrzasnęły się i w drodze do centrum zacząłem przeglądać „Echo miasta”. Cóż, norma. Niespecjalnie inspirujące i irytująco powierzchowne artykuliki na pierwszych stronach. Najciekawsze ukryło się jednak na stronie siódmej. Wywiad, pod tytułem „Gdzie się uczyć języków”. Jak co roku na początku września temat bardzo na czasie, więc zacząłem czytać z werwą. Szczególnie, że wprowadzenie sugerowało przekrojowe podejście do tematu. Cytuję: „Spośród szerokiej gamy szkoleń, najczęściej wybieramy kursy językowe. Pojawia się jednak dylemat: jak wybrać idealny kurs i szkołę, która spełni nasze oczekiwania”. I jeszcze nadtytuł: Rozmowa z Dianą Kozą ze Szkoły Języków Obcych Lexis (tu zapaliła mi się już czerwona lampka, ale na razie nieśmiało).
I pierwsze pytanie: „Jakimi kryteriami należy się kierować przy wyborze szkoły językowej”. Pani Diana odpowiada: „Dobra szkoła języków obcych zatrudnia wysoce wykwalifikowanych i doświadczonych lektorów, ma bogate zaplecze techniczne, duże doświadczenie w nauczaniu, bogaty pakiet kursów oraz dokłada wszelkich starań, aby proces nauczania był najefektywniejszy. Nasza szkoła spełnia te kryteria”
BINGO. Dalej następuje sześć pytań i odpowiedzi, które już wprost reklamują szkołę Lexis i jej konkretne usługi. Może jestem trochę staroświecki, ale przyznaję, że przez moment byłem nieco zszokowany. W sumie sprawdziłem pewnie z 10 razy czy gdzieś przypadkiem nie ma jednak etykietki, że to artykuł sponsorowany, sekcja sponsorska, czy wręcz po prostu reklama. Ale nie. Nigdzie. Nawet najmniejszą czcionką…
No właśnie. Czy to jest płatna reklama? Jeśli tak, to ja jako czytelnik jestem poważnie wkurzony, że ktoś w tak bezczelny sposób udaje, iż tak nie jest.
Ale może to po prostu efekt działania sprawnego PR-owca szkoły Lexis? Jeśli tak, to jako PR-owiec mogę tylko pogratulować koledze po fachu udanej „akcji” i darmowej reklamowej połówki strony.
Jako były dziennikarz pomyślałem sobie natomiast… (…) (…)
MaG

Grzegorz Kobylański